sobota, 12 grudnia 2015

Znów nie ja

Ciągle obiecuję sobie, że wejdę, napiszę. Że wrócę do tego, co było jeszcze latem. Ale to jakieś trudne. Nie będę szukać sobie wymówek, dlaczego mnie nie było. Po prostu odeszłam gdzieś daleko, ale dziś powoli zaczynam zawracać. Dużo się u mnie ostatnio dzieje, a jednocześnie nie ma nic ciekawego. W piątek byłam u przyjaciółki i stwierdzam, że naprawdę potrzebowałam tej wizyty. Zrobiłyśmy pyszne gofry "na oko", pośpiewałyśmy, pograłyśmy w simsy, porozmawiałyśmy. Gdyby nie to, że Iza mnie do siebie wyciągnęła spędziłabym piątkowy wieczór w domu, marudząc ile to mam do roboty, a tak naprawdę nie robiąc nic. Dzisiejszy dzień upłynął mi bardzo leniwie, trochę sobie powspominałam, poprzeglądałam zdjęcia... W najbliższym czasie czeka mnie sporo pracy. Moja klasa organizuje spotkanie opłatkowe, więc trzeba się wziąć za przygotowania, później mam bierzmowanie, zbliżają się święta, a koniec semestru tuż za horyzontem. Muszę wziąć się w garść i zacząć coś robić, bo w przeciwnym razie marnie to wszystko widzę. Pozdrawiam i przepraszam za ten chaos w poście. To po części pewnie dla tego, że kompletnie nie miałam pomysłu na to, o czym napisać, a bardzo chciałam się do was odezwać. A co słychać u was?

PS. Sądzicie, że ładniejsze jest imię Łucja czy Rita? Bo nie wiem na które się zdecydować przy bierzmowaniu. Trzymajcie się cieplutko :) 

niedziela, 22 listopada 2015

Miły weekend i przerażająca wizja poniedziałku

Biegnij, biegnij! Jeszcze Trochę! Dasz radę! Dawaj! I...jest! Dobiegła! Dobiegła... ale na straconej pozycji. Tak. Te kilka zdań chyba najlepiej opisuje to, co się teraz u mnie dzieje. Jest tyle zamieszania, wydarzeń, zwykle bardzo pozytywnych, a do tego tyle nauki. Nie wiem w co włożyć ręce i niestety, nauka na tym traci. Patrzę na stos książek leżących obok mnie i opadam z sił. Spędzam czas naprawdę przyjemnie, ale czuję, że się opuszczam, zaniedbuję naukę i to mi przeszkadza. Mam nadzieję, że szum wokół mnie jakoś się uspokoi i zbiorę się w sobie, by odsunąć przyjemności na dalszy plan. Ale to od jutra. Teraz chciałabym wam opowiedzieć o tym, jak spędziłam weekend, bo jest trochę do opowiadania. Tak więc po kolei. Cofnijmy się w czasie do piątku <widzicie teraz taki falujący obraz jak w filmach>.

Moja szkoła organizuje wiele wydarzeń zarówno dla uczniów jak i zaproszonych gości. W ten piątek odbyła się u nas wieczornica. Przede wszystkim moja klasa, jako ci, którzy zawsze są do wszystkiego chętni, uwielbiają zdzierać gardła itd., itd. brała aktywny udział w części artystycznej. Było mi to naprawdę na rękę, ponieważ próby zajęły większość lekcji w tygodniu, a później dostaliśmy poczęstunek (mniam placek ^^). Ale nawet gdyby nie było tych dodatkowych korzyści, to uwielbiam próby. Moja klasa jest naprawdę zgrana, więc było masę śmiechu, wygłupów i tych zwyczajnych rzeczy, które z tymi idiotami są jakieś wyjątkowe. Oczywiście jak to ja i moja przyjaciółka, Dominika musiałyśmy się trochę poprzepychać, ale w końcu bez tego byłoby niekompletnie. A jako, że był to przecież Wieczór Pieśni Patriotycznej nie obyło się bez śpiewania, głośnego, długotrwałego, wspaniałego. Naprawdę nigdy nie pożałuję, że tam poszłam. Po oficjalnej części usiedliśmy do stolików, a konwersacje kwitły. Naszą szkołę odwiedziła moja przyjaciółka Iza, co już w ogóle nadało temu wieczorowi +10 do fajności. Szkoda, tylko, że inna przyjaciółka się rozchorowała. Czas zleciał naprawdę błyskawicznie. Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęłam się powoli ze wszystkimi żegnać (pozdrowienia dla Mateusza, który pewnie nigdy tego nie zobaczy i który porywając mnie w objęcia mało mnie nie zabił haha i dla jego kuzyneczki Kamili). Następnego dnia miałam zdarte i bolące gardło, ale nie oddałabym tych przeżyć za nic.

A co się wydarzyło w sobotę, że mówię, że cały weekend był przepełniony zajęciami i naprawdę przyjemny? Otóż, dzięki życzliwości taty jednego z moich kolegów, mogliśmy pojechać na mecz piłki siatkowej kobiet. Szkoda, że nie mężczyzn, ale przeboleję. Zawsze jestem chętna do wyjazdów i w ogóle wszystkiego, więc nie byłabym sobą, gdybym się nie zgłosiła. Jak wiecie, albo i nie, mieszkam w województwie podkarpackim, więc na mecz udaliśmy się do Rzeszowa. Byłam na nim trochę przymulona, bo wcześniej brałam leki, ale podobało mi się. Fajnie było obserwować grę, a kibicowanie, choć nie da się powtórzyć tego, co dzieje się na meczach Asseco, zupełnie mnie porwało. Poza tym Kamila zapewniła mi odpowiednią dawkę śmiechu. No bo jak tu się nie śmiać (lub nie postukać w głowę, nie wnikam w reakcje innych) obserwując kogoś, kto suszy zęby suszarką do dłoni? W drodze powrotnej trochę porozmawiałam z kolegami z klasy i ogólnie pozytywnie. I te teksty naszego historyka, wyłapywanie przez niego przekleństw padających ze strony mojego przyjaciela. No i wieczór, jak za dawnych czasów, u Kacpra przy coli i kolejny meczyk, tym razem w telewizji.

źródło:Google

 A co z niedzielą? W niedzielę, jako aktywna działaczka wolontariatu, stałam z puszką PCK przed mobilnym punktem poboru krwi. Tak swoją drogą, to jeżeli macie taką możliwość gorąco was zachęcam do oddawania krwi. Możecie ratować życie, a nic was to nie kosztuje. Było co prawda zaledwie 3 stopnie i padał deszcz, ale wytrwale, znów z Kamilą, wystałyśmy z przerwą ponad godzinę. To nic, że paluszki mi odmarzły. Oprócz tego, że pomagałyśmy, nadarzyła się okazja do rozmowy i fajnie, bo na ogół jestem dosyć aspołeczna i spędzam czas zamknięta w pokoju. To nie dziś. Byliśmy tam w naprawdę fajnej ekipie i w przerwie na gorącą herbatkę też trochę pośmialiśmy. Podobało mi się też to, że jesteśmy na tyle blisko, że razem przyjechaliśmy i wróciliśmy. Nawet z Alanem, którego nazywanie zmyślonym imieniem przestaje mi się podobać, zamieniłam kilka słów. Może, żeby całkowicie pożegnać to, co było i przestać żyć wspomnieniami, powinnam wspomnieć jego imię? Wydaje mi się, że czas najwyższy, bo chyba przeszłam nad tym, co się stało do codzienności. Tak więc zamieniłam kilka słów nawet z Tomkiem. A później wróciłam do domu samochodem jego taty. I nawet mnie to wszystko nie przybiło, a to znaczy, że jest bardzo dobrze.


Tak więc podsumowując-naprawdę przyjemny weekend, spędzony w świetnym towarzystwie. Dla takich chwil i wspomnień, nauką można się stresować w chwili lekcji. Mam nadzieję, że wy też miło spędziliście weekend i że jeszcze tu wpadacie. Enjoy!
PS.Wybaczcie mi tą epopeję, ale chyba musiałam się rozpisać, żeby przypieczętować powrót, bo nie chcę już stąd uciekać. Zostaję ;) Chciałabym jeszcze pozdrowić serdecznie wszystkich, którzy ze mną wytrwali.


wtorek, 3 listopada 2015

Spieszmy się kochać ludzi...

W niedziele obchodziliśmy Wszystkich Świętych. Tego dnia, wraz z rodziną, co roku odwiedzam cmentarze, zostawiam znicze i oddaję się wspomnieniom i refleksjom. Tym razem nie było inaczej. Odwiedziłam trzy cmentarze i przy każdym zatrzymałam się na chwilę, oddając się opowiadaniu o moich bliskich. Jak to możliwe, że oni dopiero byli obok, śmiali się z nami, rozmawiali, a już ich nie ma? Czasem, choć doskonale wiem czym jest śmierć ciężko mi to zrozumieć. No bo jak może tak nagle kogoś zabraknąć? Czemu już nie jest tak, jak było kiedyś? Czasami mam wrażenie, że Ci ludzie po prostu na chwilę wyjechali, ale wrócą. No bo niby dlaczego już zawsze kto inny ma dostarczać chleb, dlaczego nie ma komu zaoferować mi miętusa? W dzień zmarłych dociera do mnie zawsze, że oni już nie wrócą, nie wyjechali, że na zawsze odeszli z tego świata. Jestem osobą wierzącą, dlatego żywię nadzieje, że teraz jest im wszystkim lepiej i uśmiechają się do nas łagodnie z góry, kiedy palimy znicze na ich grobach. Tradycją mojej rodziny jest wieczorne chodzenie na cmentarz. Wtedy nie ma tłumów, można spokojnie przejść pomiędzy grobami, pomyśleć, powspominać. Powinno być więcej dni w roku, w których odwiedzamy swoich bliskich zmarłych, bo naprawdę smutne jest to, że z cmentarzy bije łuna zniczy tylko ten jeden raz w roku. 





wtorek, 27 października 2015

Nie mam czasu zamknąć oczu

Ostatnie dni to dla mnie totalny bieg do nie wiadomo czego. Mam masę nauki, pracy, obowiązków. Treningi, weekendy i momenty, w których mogę wątpliwie głęboko zasnąć to jedyne chwile odpoczynku. I żeby oderwać się od tego pędu, nauki ze wszystkiego na raz i jednocześnie z niczego postanowiłam napisać ten post. No bo dlaczego nie? Więc urządźmy sobie małą podróż w czasie i cofnijmy się do soboty. Tego dnia, kiedy otrząsnęłam się z przyjemnego zmęczenia po udanym nocowaniu z Izą, zaczęłam się szykować na urodziny przyjaciółki. I przyznam wam się szczerze, że nigdy wcześniej nie zbierałam się nigdzie aż tyle czasu. Być może wynikło to z mojego roztargnienia tamtego dnia. A to pomalowałam jedno oko, a to pobiegłam uprasować ubrania... Ale kiedy się w końcu zebrałam było już z górki. Zorganizowałam sobie transport i na urodziny. Byłam pierwsza, bo przed czasem. Nienawidzę spóźnień, dlatego zwykle wychodzę wcześniej nawet jeśli wiem, że będę musiała na coś lub na kogoś czekać. Ale wróćmy do tematu urodzin. Na początku było trochę sztywno, a ja czułam się bardzo niezręcznie. Były tam osoby, których tak na pierwszy rzut wolałabym tam nie widzieć. Był Alan. Powie mi ktoś z was czemu ja nie mogę przejść do codzienności nad czymś, co wydarzyło się już przecież dawno? No ale nic. Wydarzyło się na początku kilka, moim zdaniem, bardzo niefajnych rzeczy. Myślę, że męska część towarzystwa na zbyt wiele sobie pozwalała. Z czasem pozwoliłam sobie się rozluźnić. Atmosfera się polepszyła i zobaczyłam namiastkę tego, co było kiedyś, gdy spotykaliśmy się w takim gronie. To samo to to nie było, ale mimo wszystko, ta odrobina pozwoliła mi się uśmiechnąć, a później, po powrocie, trochę powspominać. Znów odbiegam od tematu. Nasze spotkanie zaszczyciła swoją obecnością mama jubilatki, a chłopcy, nie mam pojęcia czy to w celu popisania się, zaczęli prowadzić konwersacje niebezpiecznie dążące w kierunku tematów, których z pewnością nie powinniśmy poruszać przy żadnym z rodziców. Było przynajmniej zabawnie. I wtedy zrobiło się naprawdę luźno. Może nasze towarzystwo jest jeszcze dziecinne, ba, dziecinne to może w niektórych sytuacjach mało powiedziane, ale kij z tym. Ważne, żeby były uśmiechy i dobre humory. Urządziliśmy sobie też małą podróż w czasie, odwiedzając nk. Jacy my byliśmy kiedyś głupi! Jeszcze bardziej niż teraz! :) Ogólnie mi się podobało, nie będę wam już w tym temacie przynudzać. Pozdrawiam was serdecznie i dziękuję za każdy komentarz, bo one niewyobrażalnie mnie motywują. Powinnam bić wam pokłony za to, że jesteście.


sobota, 24 października 2015

Nie potrafię powstrzymać znikania

Coraz rzadziej wchodzę na bloga i za nic nie potrafię tego powstrzymać. A chcę. Wspomnienia zapisane w tej formie ze mną zostaną, a poza tym dzięki blogowi mam was. To jest wspaniałe móc poznawać innych ludzi, ich historie i razem z nimi ekscytować się ich radościami i smucić porażkami. Dlatego naprawdę chcę tu zostać. Do napisania tego posta zmotywowała mnie przyjaciółka, Iza, która stwierdziła, że długo nic nie dodaję. Więc usiadłam i piszę. Iza u mnie nocowała i jestem z tego bardzo zadowolona. Brakowało mi takiego spędzania z nią czasu w ilościach masowych. Przyniosła ze sobą naszą starą "przyjaciółkę:, to znaczy głowę lalki, którą pewnego letniego dnia zdjęłyśmy z płotu. Tak, ta głowa zdecydowanie nadal mnie przeraża. No i cieszę się, że zrezygnowałyśmy z oglądania horroru. Tak więc zamiast oglądać coś, co nie pozwoliłoby nam później zasnąć, zabrałyśmy się za robienie "cżelendży" :) Było przy tym naprawdę masę zabawy no i kłopotów. Zastanawiałam się nad opublikowaniem wam któregoś z nich, ale niestety, problemy techniczne ze sprzętem mi na to nie pozwoliły. Mogę wam tylko opowiedzieć, że miałyśmy naprawdę masę zabawy przy not my arms challenge oraz przy malowaniu na ślepo. Ten pierwszy nagrywałam z myślą o was. Niestety, aparat uciął w połowie nagrywania i się wyłączył. Wiecie jakie to było straszne podejść do niego po tym wszystkim i zobaczyć, że nic z tego nie wyszło? :( Ale przynajmniej był fun, a to dla mnie najważniejsze. Dziś wybieram się jeszcze na urodziny. Kto wie, może i z nich zdam wam relację? A teraz pozdrawiam was serdecznie. Opowiadajcie co tam u was :)




wtorek, 6 października 2015

Dni pełne kolorów

Wspominałam wam już, że w piątek wybrałam się na rajd pieszy połączony z ogniskiem, prawda? Jeśli pamięć mnie zawodzi i tego nie zrobiłam, nadrabiam teraz. W mojej szkole co roku organizowane są piesze rajdy. Tegoroczny wypadł w piątek, a ja wraz z moimi znajomymi zdecydowałam się w nim uczestniczyć. Byłam co do tej wędrówki nastawiona dosyć sceptycznie, ale zostałam mile zaskoczona. Było naprawdę miło. Usmażyliśmy kiełbaski, spaliłyśmy z przyjaciółkami bułkę na węgiel... W ogóle był tam jakiś niepowtarzalny klimat. Siedzieliśmy sobie na rozścielonych na ziemi kurtkach i rozmawialiśmy. Podobało mi się to, że moja klasa trzymała się tam razem. Po prostu byliśmy. Bez podziałów, tak zwyczajnie. Poza tym w piątek odbył się pierwszy w tym sezonie trening. To też przepełniło mnie optymizmem. Przez wakacje naprawdę brakowało mi tych treningów, bo zdążyły się one na stałe wgryźć w moje życie i nie potrafiłabym ich odpuścić. Ale to jeszcze nie koniec przyjemnych wydarzeń. Rodzice zrobili mi niespodziankę i powiedzieli, że ten weekend spędzimy u mojej cioci. Musiałam co prawda odwołać swoje plany, ale uwielbiam przebywać u cioci, więc było dobrze. Weekend spędziłam naprawdę pozytywnie, odnalazłam swoją radość i mam nadzieję, że będzie takich więcej. Teraz niestety zamiast być na zawodach leżę w domu chora, ale jakoś to przeboleję. Nie byłabym w stanie pójść, więc nawet się przy tym nie upierałam. Mam nadzieję, że teraz częściej będę was odwiedzać. To, że jestem chora i fakt, że właśnie poprzez nudę spowodowaną chorowaniem w domu założyłam tego bloga w jakiś sposób mnie zmotywował. Tak więc mam nadzieję do zobaczenia niedługo. Teraz nie mam niestety jeszcze aktualnych zdjęć, bo aparat wciąż jest w naprawie, ale może następnym razem ;) Trzymajcie się cieplutko :)




czwartek, 1 października 2015

Płonie ognisko...

Obiecałam sobie wziąć się za tego bloga i się staram. Wczoraj, 30 września był dzień chłopaka i z tej okazji dla wszystkich chłopaków, trochę spóźnione, wszystkiego najlepszego. Moja klasa, żeby uczcić ten dzień zorganizowała akademię dla całej szkoły, która nie do końca udała się tak jakbyśmy chciały, bo było kilka wpadek, a później dla klasy ognisko. Po czterech męczących (no dobra, tego dnia akurat nie) lekcjach wyszliśmy na ognisko i spacerkiem udaliśmy się w miejsce, w którym miało się ono odbyć. Kiedy doszliśmy chłopcy rozpalili ogień, udało im się to zrobić nawet za pomocą kawałka drewna i patyka i w świetnej atmosferze upiekliśmy kiełbaski. Nic nie smakuje tak dobrze jak własnoręcznie upieczona na patyku kiełbaska ^^ Z racji tego, że nasze ognisko było tuż przy lesie po zjedzeniu udaliśmy się w grupkach na spacer. Było przenikliwie zimno, więc ja osobiście nie chciałam się na zbyt długo oddalać od ognia, ale leśny spacer zaliczyłam. Uwielbiam takie ogniska i inne podobne sprawy. To jest szansa na integracje. Kiedy gdzieś wychodzimy jesteśmy wszyscy razem i nie mówimy, że on jest taki, a ona taka. Po prostu jesteśmy i to jest naprawdę przyjemne. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc ten wspólny czas zleciał bardzo szybko i nim się obejrzałam trzeba było wracać. Przez całe pół godziny drogi powrotnej szłam z przyjaciółkami i śpiewałyśmy sobie. Ogólnie bardzo mi się na ognisku podobało, a jutro również liczę na spędzenie miło dnia, bo wyruszamy na rajd pieszy, który także łączy się z ogniskiem (minus ognisk-ten smród dymu na ubraniach i we włosach -,-), później będzie pierwsze pierwszy po przerwie trening kung fu, a wieczorem przyjedzie Ola <3 Więc liczę na dobre dni, bez zmartwień i na weekend, w którym odetchnę pełną piersią. Przepraszam was, że piszę tak bezładnie, ale ledwie znalazłam chwilę na tę notkę. Życzcie mi powodzenia z nauką i trzymajcie się. A jak u was? Dajecie radę?


sobota, 26 września 2015

W przyrodzie właśnie zaczęła się jesień, w moim sercu rodzi się wiosna

Powinnam usiąść na dłużej przed komputerem i zacząć was przepraszać. Za tak długą nieobecność, za zaniedbywanie bloga, za niedawanie znaku życia. Naprawdę chciałabym zamieszczać posty częściej, pisać dla was coś ciekawego, ale ostatnio do wszystkiego brakuje mi czasu. Na wakacjach czasami ciężko mi było się oderwać od laptopa, teraz jest zupełnie przeciwnie. Jeśli już znajdę chwilkę na włączenie internetu moja głowa świeci pustkami. Nie mam pojęcia o czym mogłabym do was pisać. Straciłam jakąś więź z blogiem i jeszcze nie potrafię jej do końca odbudować. Wydaje mi się, że przez to trochę was omija. Więc może ja postaram się w skrócie opowiedzieć wam co się u mnie ostatnio działo? Rozpoczął się rok szkolny, a co za tym idzie dosłownie zawalono nas nauką. Chyba jeszcze nigdy nie spędzałam tak dużo czasu nad książkami. Staram się od początku dawać z siebie wszystko, ale to czasem jest naprawdę bardzo trudne. Powrót do szkoły był oczywiście przygnębiający, ale spotkanie przyjaciół jakoś to wszystko rozjaśniło. Wrzesień się jeszcze nie skończył, a ja już mam dosyć i wydaje mi się, że potrzebuję odpoczynku. Weekendy to moje azyle, które w jakiś sposób ratują moją psychikę przed upadkiem. Lato oficjalnie się skończyło, ale piękny sen o nim wciąż majaczy w mojej pamięci. Teraz, kiedy to piszę za oknem pada deszcz. Mam ochotę wybiec z domu na bosaka i poczuć się jak dziecko, które beztrosko brodzi po kałużach. Niestety, nie mogę znów mieć sześciu lat, a skakanie po kałużach, nawet nie boso, a w kaloszkach (których swoją drogą nie posiadam) zostałoby spostrzeżone przez moich rodziców za jakieś odstępstwo od zdrowia psychicznego. A ja tak bardzo chciałabym poczuć się beztrosko. Chyba odbiegłam trochę od tematu... w szkole staram się być sobą. Czas, który poświęciłam dla bloga, czas, w którym was poznałam pomógł mi się nauczyć nie wstydzić. Co z tego, że ludzie mogą mnie postrzegać jako tą dziwną, inną i tak dalej? Lepiej, żeby się ode mnie odwrócili widząc moją osobowość niż zostali nie wiedząc tak naprawdę nic. W pierwszy dzień jesieni odbyło się u nas w szkole pożegnanie lata. Z tej okazji zorganizowano zabawę. I udział w niej był chyba jednym z moich większych kroków do pokazania siebie, do nieprzejmowania się. Przyszło niewiele osób, a ja wraz z przyjaciółkami mimo to odważyłam się wejść na pusty parkiet i tańczyć tak jak chciałam, do takich piosenek, które podobały się mi, a nie im wszystkim. Jestem z siebie dumna. Chciałabym stać się jeszcze bardziej otwarta. Poza tym spotkałam się na dyskotece z moją przyjaciółką, Izą, z którą ciężko jest mi się widywać na co dzień i to spotkanie także przepełniło mnie jakimś niepojętym entuzjazmem. Chciałabym wrócić tutaj, na bloga i mam nadzieję, że mi się to powiedzie. Jeszcze raz przepraszam za tą nieobecność, ale chyba popełniłam trochę błędów, zgubiłam swój kierunek, ale wracam. Wracam ze zdwojoną siłą, uśmiechem na twarzy i głową pełną pomysłów. A kij z innymi ludźmi, z Alanem i całym tym bagnem. Będzie dobrze, bo mam przy sobie dobrych ludzi, bo mam przy sobie was i muszę pożegnać zimę w moim sercu. Muszę zacząć żyć pełnią życia. Dla siebie i dla was.


niedziela, 6 września 2015

Colleen Hoover "Pułapka uczuć"

Ostatnio jestem bardzo zabiegana, a do tego nie mam zbyt wielu pomysłów na posty, dlatego trochę mnie tu nie było. Mam nadzieję, że wybaczycie mi moją nieobecność. Dopiero było moje narzekanie na powrót do szkoły, były wakacje i piękne, słoneczne dni, a teraz mamy już tydzień szkoły za sobą. Co się u mnie działo? Nie za wiele. Byłam w mieście na zakupach, spotkałam się ze znajomymi, w piątek odwiedziłam Olę i...chodziłam do szkoły. Już od pierwszego tygodnia nauczyciele nieźle nas przycisnęli, dlatego nie mam zbyt wiele czasu wolnego. Dziś jednak, w niedzielny wieczór chciałabym się z wami podzielić recenzją książki, która plasuje się w mojej ścisłej czołówce. Mowa tutaj o dziele "Pułapka uczuć" autorstwa Colleen Hoover.

Layken Cohen niedawno straciła ojca. Wraz z matką i bratem próbują otrząsnąć się z tej tragedii i rozpocząć nowe życie, którego początkiem ma być przeprowadzka. Wyjazd jest ciężkim przeżyciem dla całej rodziny. Layken i jej brat, Kel muszą zostawić za sobą przyjaciół, szkołę i wszystko, co znali do tej pory. Ich matka jest pełna obaw, ale mimo to stara się wspierać dzieci jak tylko może. Już pierwszego dnia po przyjeździe w nowe miejsce Lake poznaje przystojnego sąsiada, który nie pozostanie jej obojętny. To spotkanie zupełnie zawiruje światem Lake, a to dopiero początek ogromnych zmian i perypetii w rodzinie Cohenów. Jak Cohenowie poradzą sobie w nowym miejscu? Czy uda im się zabliźnić rany powstałe w wyniku odejścia bliskiej osoby? Odpowiedzi poznacie zagłębiając się w lekturę.

Po tę pozycję sięgnęłam właściwie przypadkiem. Natknęłam się na nią szukając informacji o "Hopeless". Zastanawiałam się czy inne dzieła spod pióra Colleen Hoover są równie dobre co historia o beznadziejnym chłopcu. Lektura szybko mnie wciągnęła, jednak z początku odnosiłam wrażenie, że wszystko dzieje się zbyt szybko, że jest zbyt cukierkowa. No bo...miłość od pierwszego wejrzenia tuż po opuszczeniu samochodu? I co niby będzie się dziać później? Jeszcze więcej słodyczy? Kolejne strony zaskoczyły mnie jednak, a treść książki sprawiła, że oddałam jej moje serce bezpowrotnie. Chociaż początkowo miałam co do tej książki mieszane uczucia i spodziewałam się kolejnej opowieści o miłości, która nie wzbudzi we mnie zbyt wielu uczuć, to podczas lektury szybko zmieniłam zdanie i całkowicie w nią wsiąknęłam. Przez czysty przypadek sięgnęłam po naprawdę emocjonującą powieść, w której możemy się zetknąć ze stratą bliskich osób i uczuciom jej towarzyszącym, takim jak gniew, złość, ból, zaprzeczenie, ale z czasem także akceptacja. Książkę "Pułapka uczuć" polecam każdemu bez wyjątku. Moja ocena to nieprzesadzone 10/10. Po tę pozycję sięgałam wiele razy, czasem studiowałam ją od deski do deski, czasem odszukiwałam po prostu ulubione cytaty. Naprawdę się cieszę, że dzieło wpadło mi w ręce.

Cytaty:
"Tak wiele mnie nauczyła. I nadal uczy mnie tak wiele. Nauczyła mnie kwestionować. I nigdy nie żałować…"

"Tak wiele mnie nauczyła. I nadal uczy mnie tak wiele. Nauczyła mnie kwestionować. I 

nigdy nie żałować…"

"-Co to znaczy zamyszkiwanym? - pyta Kel.

- Zamieszkiwanym - poprawiam go. - Zamieszkiwać to inaczej zajmować, mieszkać, rezydować, zaludniać, koczować, żyć.
-To jak my zamyszkiwujemy Ypsilanti?
- Zamieszkujemy. Jestem padnięta. Idę do łóżka.
- Chcesz powiedzieć, że idziesz zamieszkiwać swoją sypialnię? - pyta Kel.
-Szybko się uczysz, koniku polny."

"Według słownika...

i według mnie...
istnieje około trzydziestu różnych znaczeń
i synonimów słowa
podły.
Osioł,palant,okrutny,kutas,nieuprzejmy,ostry, nikczemny,
nienawistny,bez serca,zjadliwy,złośliwy, nieubłagalny,
tyran,nieprzyjazny,okropny,drań,
barbarzyńca,zgorzkniały,brutal,gruboskóry, degenerat,
bestialski,zdemoralizowany,zły,dziki,surowy, nieprzejednany,
rozgoryczony,zgubny,nieludzki,potworny,
bezlitosny,nieugięty.
I moje ulubione:dupek."



czwartek, 27 sierpnia 2015

Przygnębiające powroty

Przygnębia mnie myśl, że już niedługo większość z nas czeka powrót do szkoły. Może część z was spyta ale dlaczego? Przecież w szkole jest fajnie. Ona nas kształtuje, pozwala się rozwijać. Tak... jasne. Więc wyjaśnię wam dlaczego tak bardzo mnie to wszystko dołuję. Otóż dlatego, że powrót do szkoły to powrót do ludzi, którzy nieustannie nas oceniają, wpisują do dziennika te badziewne cyferki, które w rzeczywistości wcale nie odzwierciedlają naszej wiedzy. Powrót do miejsca, w którym często czujemy się totalnie zagubieni, dziwni, czasem zastanawiamy się co z nami jest nie tak. Klasa to często po prostu zbiorowisko ludzi, którzy z całej siły chcą udawać jak bardzo się lubią, a za plecami są, no cóż, fałszywi. W szkole nie można nawet normalnie pójść do łazienki, ponieważ wiecznie są tam zbiorowiska osób płci żeńskiej, tak jakby kibel był jakimś elitarnym klubem i idealnym miejscem do rozmów (no błagam -,-). Kolejny powód mojego przygnębienia to zadania domowe. Jeżeli człowiek ma jakieś zainteresowania i zajęcia poza szkołą, jak np. u mnie sztuki walki, ten blog to, wytłumaczcie mi proszę, jak ma to wszystko pogodzić z nauką i zadaniami? Okej, wiecznie pytam co na jutro? Co jest zadane? Ale później często i tak nie odrabiam tych lekcji bo po prostu brak mi czasu. Niedawno otworzyli u nas stadninę. Od dziecka marzę o tym, by nauczyć się jeździć konno, a tutaj udzielają lekcji, ale oczywiście nie mogę się zapisać, bo nie mam na to wszystko czasu. Nawet jeśli jest taki moment, w którym się przykładam, chcę się nauczyć to ZAWSZE przypomnę sobie o sprawdzianie w nocy, tuż przed nim. O tym, jak nauczyciele są niesprawiedliwi to już lepiej nie wspomnę (prosty przykład? nie było mnie w szkole, pożyczyłam od kolegi zeszyt i odpisałam lekcje łącznie z zadaniem, później było ono sprawdzane, a nauczycielka pomimo moich wyjaśnień oskarżała jego o odpisywanie, bo jestem z tego przedmiotu lepsza). Nauczyciele powinni nas szanować. W zamian dostaliby szacunek od nas, ale oni oczywiście wiecznie traktują nas z góry, często są jak beznadziejne roboty bez serca. A o Alanie to ja już lepiej w ogóle wspominać nie będę. Łatwiej jest zapomnieć, jeśli się kogoś nie widuje dzień w dzień w tym samym pomieszczeniu. Uzasadniłam mojego doła? Jeśli nie to już nie wiem co napisać. W tej chwili pociesza mnie tylko to, że nadal jest tu ze mną Ola, ale jutro widzimy się po raz ostatni na tych wakacjach i wraca do siebie. Muszę się nią jutro porządnie nacieszyć. Całą końcówkę wakacji spędziłyśmy razem, byłam u niej na urodzinach, poznałam jej przyjaciółki, Kamilę i Olkę, połaziłyśmy trochę, był Stefan no i tak. Jutro ma przyjechać Patryk i to chyba będzie ostatni dobry dzień na tych wakacjach. Chcę go wykorzystać w 100%, bo później nie będę miała jak przez długi czas zobaczyć się z Olą (mówiłam już, że przez całą tą naukę na nic nie ma czasu?). To prawdopodobnie mój ostatni post na tych wakacjach, więc życzę wam wytrwałości w tym więzieniu, to znaczy szkole. Oby do następnych wakacji :) [Ola kowawawachememeweciewewewe :* ]






piątek, 21 sierpnia 2015

Wszystko nieustannie się zmienia

"Ukryte płyty tektoniczne we wnętrzu naszych ciał przesuwają się i zmieniają nas w ludzi, którymi się w końcu staniemy." ~ Ava Dellaira

Czas nieustannie przynosi nam zmiany. Po tych wakacjach czuję, że nie jestem tą samą osobą, którą byłam jeszcze jakiś czas temu. Pewne wydarzenia sprawiły, że dziewczyna, którą byłam zniknęła bezpowrotnie, ale chyba taka właśnie jest kolej rzeczy. Żyjemy, jesteśmy sobą, przechodzimy przez różne rzeczy, zmieniamy się. Skończyłam dziś czytać książkę "Oddam ci słońce" i myślę, że pewien cytat z niej idealnie oddaje to, co dzieje się z ludźmi.
"-A może każdy składa się z wielu różnych osób-stwierdzam.-Może cały czas gromadzimy te różne ja. [...]
-Każde nowe ja staje na ramionach poprzedniego, aż jesteśmy taką chwiejną ludzką wierzą?
Umieram z zachwytu.
-Tak! Właśnie tak!"
Czasem zmiany wychodzą nam na lepsze, czasem na gorsze, ale wszystkie one nas kształtują. Dobierają dodatki do naszej "chwiejnej ludzkiej wierzy". Czasem jest tak, że nawet jeśli sami myślimy, że zmiany wyszły nam na dobre inni ludzie uważają, że coś jest nie tak. Ale innym nigdy nie dogodzimy. Nie możemy bać się zmian, bo nawet jeśli wydaje nam się, że czas i pewne zdarzenia wszystko przekreślają, psują nasze ja to mylimy się. Bo każda zmiana jest tylko krokiem w kierunku tego, kim staniemy się ostatecznie. Po tych wakacjach czuję się inna. Jestem bogatsza w doświadczenia, być może silniejsza. Popełniłam trochę błędów, ale teraz mam nauczkę i postaram się ich nie powtórzyć. Postaram się częściej mówić to, co myślę i żyć pełnią życia. Uważam, że zmiany wyjdą mi na dobre, choć są ludzie, którzy niekoniecznie się z tym zgadzają... Na koniec chciałabym was jeszcze przeprosić, że tak nic nie dodaję, ale uważam post bez aktualnych autorskich zdjęć za jakiś wybrakowany i nie mogę się zebrać do pisania. Poluję na jakiś aparat u znajomych i może niedługo uda mi się zrobić dla was coś fajnego.

Z racji tego, że nie posiadam w chwili obecnej zbyt wielu zdjęć, które mogłabym opublikować pochwalę wam się co dostałam na urodziny :) Do tego doszły jeszcze 3 książki i zawartość szkatułki.






niedziela, 16 sierpnia 2015

Historia pisana przez moje życie

Niedawno pisałam wam, że mam takie dni, w których mogę sobie posiedzieć i właściwie nic nie robić. Przez ten tydzień mogłam jednak o tym zapomnieć. Nie żałuję tego jednak. Dzięki Oli ciągle gdzieś wychodziłam. Zaczęło się od tego, że wyciągnęła mnie nad zalew. Później była noc spadających gwiazd, ale do tego momentu opowiedziałam wam już w skrócie co się działo. Czternastego znów pojechaliśmy nad wodę. Byli Patryk i Alan no i bawiliśmy się świetnie. Aż szkoda było wracać do domu. Wołaliśmy do siebie "Świerszczu!", odbijaliśmy piłką, pływaliśmy na rowerkach i wpław, opalaliśmy się... Idealny dzień jak dla mnie. Wieczorem pojechałam do Oli i zostałam tam na noc, ponieważ kolejnego dnia z rana czekał nas wyjazd do Biszczy. W naszym wakacyjnym zwyczaju leży od jakiegoś czasu spędzanie czasu na balkonie u Oli. Tym razem też długo tam siedziałyśmy, później wyjadłam jej połowę zawartości lodówki, porozmawiałyśmy jeszcze trochę i się położyłyśmy (oczywiście jak to z Olą nie mogłam spać spokojnie, bo co chwila jej łokieć lądował na moim ciele -,-). Rano, bardzo wcześnie pojechaliśmy w kierunku Biszczy. Dotarliśmy w samą porę by zająć dobre miejsce na plaży. I znów powtórzyła się sielanka z kąpieli, opalania, pływania na materacu, podtapiania się wzajemnie, odbijania piłką. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do znajomych rodziców przyjaciółki. Zostałyśmy uraczone kociołkiem, który jak na moje był zdecydowanie przesolony i było w nim za dużo mięsa, ale który wszyscy (a szczególnie gospodarz) zachwalali. Człowiek, który nas gościł nieustannie coś mówił, ale to było takie od czapy, że chciało się stamtąd uciec. Dziś po mszy pojechałam z rodzicami do restauracji na obiad, a resztę tej opowieści już wkrótce napisze moje życie i niewykluczone, że ja powtórzę to wam. Poza tym z chwilą, w której usiadłam przed laptopem uświadomiłam sobie, że czas najwyższy zacząć myśleć o szkole. Nie mam jeszcze ani jednego podręcznika czy zeszytu i chyba niestety będę musiała to zmienić. Dlaczego tak długo zwlekam z zakupem? Otóż moim zdaniem grzechem jest oglądanie szkolnych książek w wakacje. W końcu to czas odpoczynku od tego wszystkiego. Chciałabym, żeby mój odpoczynek trwał dłużej, no ale niestety. Wszystko co dobre kiedyś się kończy. A wy? Jesteście gotowi na zakończenie lata, czasu odpoczynku?

(tak się wypoczywa w Biszczy ^^)

Łapcie jeszcze kilka fotek znad morza, bo aktualnych niestety nie posiadam przez brak aparatu:

(taki widok z molo w Międzyzdrojach)

(pomnik Małego Księcia w Rewalu)


(jezioro Turkusowe)


(Kto by nie chciał zobaczyć Kargula i Pawlaka? Co z tego, że są woskowi...)


środa, 12 sierpnia 2015

Noc spełniających się marzeń

Dzisiejszy, a właściwie wczorajszy dzień był jednym z produktywniejszych i lepszych dni sierpnia. Od godziny dziewiątej siedziałyśmy z Olą i z jej ciocią nad zalewem, spotkałyśmy się tam z Alanem i Patrykiem, wypożyczyliśmy rowerek wodny, pływaliśmy, skakaliśmy do wody. Pierwszy raz, dzięki Alanowi, zobaczyłam na żywo jak ktoś robi salto skacząc do wody i pomimo tego, że uważam to za popisy i narażanie się, byłam pod wrażeniem. Później zjadłyśmy obiad w restauracji nad zalewem. W drodze powrotnej złapała nas burza, ale to nie popsuło nam humorów. Zła pogoda pozwoliła odpocząć chwilę przed magicznym wieczorem. W taki sposób znalazłam się na wzniesieniu obok domu dziadków Oli i oddałam się obserwacji jednego z najpiękniejszych zjawisk jakie dane było mi w życiu widzieć. Dzisiejszej nocy można było zaobserwować perseidy. Ja w tę piękną noc, odrobinę co prawda pochmurną siedziałam wraz z przyjaciółką na podwórku i obserwowałam niebo. Wyszłam z domu już po 21 i przez te kilka godzin spędzonych pod gołym niebem w pełni poczułam magię spadających gwiazd. Siedziałyśmy sobie i właściwie niepewne tego, czy cokolwiek zobaczymy bezmyślnie gapiłyśmy się w niebo. Z chwilą, gdy pierwsza gwiazdka, ciągnąca za sobą przepiękny ogon się pojawiła nasze tępe patrzenie zmieniło się w pełną wyczekiwania obserwację. Na naszych leżakach spędziłyśmy 3 i pół godziny, a ja nabawiłam się kataru, ale zdecydowanie było warto. Każda gwiazdka dostała od nas życzenie i mam cichą nadzieję, że zabierze je ze sobą gdzieś w świat i pomoże mu się spełnić. Dodatkowo miałyśmy z Olą okazję do pobycia ze sobą, powspominania i do szczerej, luźnej rozmowy. Piękna noc, 22 spadające gwiazdy, cicha nadzieja na spełnienie marzeń, coś czego było mi trzeba.




poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Jedyny taki dzień w roku...

Dziś mamy 10.08., a ja obchodzę w tym dniu urodziny. Zamierzam całe te upały przesiedzieć w pokoju, a wieczorem wybrać się do przyjaciółki. Obchodziłam już swoje święto w sobotę, kiedy to przyszło do mnie troje przyjaciół. Kacper i Anita, z którymi byłam na obozie, a także Ola. Zjedliśmy tort, porozmawialiśmy sobie i w sumie dobrze się czułam w ich towarzystwie. Przyszły też moje ciocie, które zjechały do wioski na urlop. Taki spokojny, leniwy dzień. A teraz pozwolę sobie jeszcze opisać co się działo ostatnio. Czwartek i piątek spędziłam w większości u cioci i na zakupach. Jak dla mnie dni udane i fajne. W sobotę z rana razem z Olą i jej ciocią Gosią pojechałyśmy nad zalew. Wstałyśmy bardzo wcześnie, żeby zająć miejsce na tamtejszej "plaży", a kiedy przyjechałyśmy nikogo jeszcze nie było. Wyjątkowo upalny dzień ściągnął tam jednak sporo ludzi. Było całkiem zabawnie. Nie ma to jak otwieranie piwa o stanowisko ratownika ^^ Woda nie zachęca tam swoją czystością do kąpieli, więc po tym, jak w ramach schłodzenia weszłyśmy z Olą do wody pobiegłyśmy pod prysznice. Weszłyśmy pod jeden, a pod wpływem lodowatej wody wyrwał mi się pisk. Jak się zastanawiam co musieli pomyśleć ludzie, którzy tam byli... :D Wczoraj, czyli w niedzielę, po mszy udaliśmy się z rodzicami i ciocią do zamkowej restauracji i nad San. Lubię takie powolne, leniwe dni, kiedy mogę położyć się na chwilę w łóżku i odpocząć od codziennego pędu. Choć niektórym te dni mogą się wydawać stracone, dla mnie były miłymi dniami. Zasmuca mnie tylko myśl, że koniec wakacji zbliża się do nas w zastraszającym tempie... Na koniec jeszcze smutna informacja. Mój ukochany Nikon V1 [*] uległ zniszczeniu i w chwili obecnej jestem odcięta od sprzętu i bliska załamania nerwowego z powodu braku możliwości fotografowania. Tak więc łapcie jeszcze kilka starszych fotek, bo one będą musiały wystarczyć dopóki nie naprawię lub nie nabędę nowego sprzętu... 











środa, 5 sierpnia 2015

Burze i relacja z wakacji

Ostatnio pogoda nie jest u mnie najpiękniejsza. Planowałam napisać do was wcześniej, ale burza pokrzyżowała moje plany. Ale teraz wyobraźcie sobie, że siedzimy w ciepłym pokoiku, na zewnątrz deszcz tłucze się o szyby,  błyskawice i grzmoty raz po raz przeszywają niebo, a ja rozpoczynam swoją opowieść. To wszystko wydarzyło się niedawno. W na tyle nieodległej przeszłości, by wspomnienia były jeszcze zupełnie rzeczywiste i namacalne. W nocy z 20 na 21 lipca 2015 roku wsiadłam do autokaru, który miał zawieźć mnie na moje wakacje marzeń. Noc była wyjątkowo ciepła. Zaraz po zapakowaniu swojego bagażu pozbyłam się kurtki i z uśmiechem na ustach zajęłam miejsce na tyłach autobusu. Obok mnie spoczęli Kacper, Marlena i Anita. Pojazd powoli przepełniał się ludźmi, których byłam bardzo ciekawa. Pomachałam przez szybę rodzicom, którzy odwieźli mnie na przystanek i rozpoczęła się podróż. Nasza mała społeczność, zajmująca tylne siedzenie miała wyśmienite humory. Długo rozmawialiśmy podekscytowani i śmialiśmy się, bezczelnie zakłócając spokój współpasażerom. Dopiero po godzinie jazdy zmęczenie dało nam się we znaki. Większą część naszej piętnastogodzinnej podróży przespałam. Bo i cóż innego było mi robić? Dopiero w Świebodzinie, w którym nasze szeregi zasiliły Zuzia i Natalia coś w nas ożyło. Zawarliśmy pierwsze znajomości, więc pozostałe cztery godziny jazdy upłynęły przyjemnie. Po przyjeździe zajęliśmy pokoje. Żeby nie zapomnieć o tym niby nieistotnym szczególe z mojego pierwszego obozu zdradzę tutaj, że wraz z Anitą, Marleną, Zuzią i Natalią zajęłyśmy pokój numer 4. Nie zachwycał swoimi rozmiarami. Jedno z łóżek było wepchnięte na siłę i właściwie spałyśmy na jednej powierzchni. Jedna maleńka szafa z 5 półeczkami i niewielki balkonik. Ta przestrzeń stała się taką ostoją, do której mogłyśmy wracać po pełnych zawirowań dniach spędzanych na nadmorskiej plaży. Ośrodek różnił się od tego, co przedstawiono na stronie internetowej, ale chyba zawsze tak jest. Mimo wszystko podobało nam się. Mieliśmy basen, dwa boiska do piłki siatkowej i jedno do nogi, świetlice, w której urządzane były dyskoteki i urokliwą stołówkę. Pierwszy dzień plażowania spędziłam z Kacprem, nie byłam na tyle śmiała, by już zawrzeć bliższe znajomości, on zresztą też nie. Wieczorem lepiej się poznaliśmy, graliśmy w siatkę i padło hasło, które towarzyszyło nam do końca czyli "Poświęcenie!". Nie jestem pewna co się działo drugiego dnia, ale obstawiam plażowanie. Tym razem Kacper położył się już obok kolegów z pokoju i ich dziewczyn, czyli Pawła, Damiana, Dawida, Klaudii i Gaby. Później wycieczka do pięknego Kołobrzegu, picie wody z solanki, moje pierwsze w życiu wejście na latarnie morską, spacer po malowniczym molo. Następne dni mijały prędko, ciężko było się spostrzec kiedy ten czas uleciał. Plażowaliśmy, zażywaliśmy kąpieli w zimnym, ale jak dla mnie niezastąpionym morzu, wychodziliśmy na miasto, graliśmy w różne gry, był basen, pierwsza tak bardzo integracyjna gra, czyli gra terenowa, w której musieliśmy się rozdzielić z utartymi znajomymi i dzięki temu poznaliśmy nowych ludzi, jak np. przesympatyczna Iza. Było karaoke, którego hitem stała się piosenka "Mamma mia" Abby, a także inna piosenka, w wykonaniu Sebastiana. Taka osoba jak on znajdzie się chyba na każdej kolonii. Głupek, który wszystkich wkurza i sprawia, że ludzie zaczynają się zastanawiać nad jego zdrowiem psychicznym. Wykonał swój taniec dołączając do niego okrzyk "Hajna!Hajna!", który stał się kolejną rzeczą powtarzaną aż do opuszczenia autobusu. Była jeszcze kolorandia, byłam krajem niebieskim i w czasie tej zabawy poznałam fantastyczną Olę. Oglądaliśmy film i tutaj nawiązałam nić porozumienia z Klaudią, która nie dla wszystkich była miła, ale jak dla mnie świetna osoba. Później wycieczka do Międzyzdrojów, aleja gwiazd, muzeum figur woskowych, znów piękne molo, a po drodze coś, co najbardziej przypadło mi do gustu, czyli muzeum V3. Szokujące. To, czego się dowiedziałam było chwilami ponad mój umysł. Wspaniałe. Była też zagroda żubrów, gdzie miałam okazję zamienić słowo z chłopakami. Na plaży graliśmy też w śledzia, jeżeli ktoś zrobił coś źle, nie ważne kto, zawsze było "Anita no!", Kacper został człowiekiem sukcesu, a ja uzyskałam miano śmiejącej się jak hiena. Był bal przebierańców, gra w kolory, według której musieliśmy siadać sobie na kolanach, nielegalne skakanie do basenu po odejściu ratownika, długie nocne rozmowy, napady głupawki, spotkania z ludźmi spoza kolonii jak np. z Michałem, synem kierowniczki i wiele innych wspaniałych wydarzeń. Ostatniego dnia pogoda nam nie dopisała. Udaliśmy się ponownie do Trzęsacza, gdzie miałam okazję jeszcze przez chwilę podziwiać ruiny (a właściwie samą pozostałą ścianę) kościoła. Niesamowite ile morze może pochłonąć. Wieczorem nasze pożegnalne ognisko, później pakowanie i cóż, w drogę. Jeżeli coś pominęłam-moja strata, bo nie będę mogła po czasie do tego wrócić. Wiem, że opowieść jest bardzo chaotyczna, ale pisałam to, co akurat podsunęła mi pamięć. Wróćmy do tego, co macie sobie wyobrażać. Deszcz za oknem powoli cichnie, a ja szeptem kończę swoją opowieść mówiąc, że powrót do domu był słodko-gorzkim wydarzeniem. Opowiadam, że na koniec podróży pan kierowca zawołał przez radio "Hajna!Hajna!", wyściskaliśmy się przed autobusem i zakończyliśmy ten cudowny wspólny rozdział, około północy na moim przystanku, na krańcu Polski prawie najbardziej oddalonym od morza.










Wiem, zapomniałam wspomnieć o naszych opiekunach. Nasza wychowawczyni, pani Ewa była naprawdę wspaniała i na wiele nam pozwalała. Wychowawczyni drugiej grupy, pani Kinga była irytująca i nigdy nie było wiadomo czy trafiło się akurat na słodką idiotkę czy na francę. Kierowniczka była spoko, można było z nią porozmawiać. Pan kierowca naprawdę sympatyczny, grał z nami w siatkę i zabierał na fale. Pani przewodnik była starszą osobą, ale również bardzo bardzo fajną. Śpiewała nam piosenki jak np. taką o Guciu, który żuł gumę i ozdobił domek gównem, ripostowała do ludzi, np. do Sebka powiedziała, że jest tak inteligentny jak woda w kiblu :D No i to chyba tyle z mojej strony. Jeżeli chcecie wiedzieć coś więcej lub zobaczyć więcej zdjęć piszcie. Pozdrawiam :* 

sobota, 1 sierpnia 2015

Wszystko co dobre kiedyś się kończy

Jestem w domu. Wróciłam wczoraj, a raczej dzisiaj po północy. Nie napisałam do was wcześniej, bo nie miałam ku temu sposobności. Tak jak mówiłam, tuż po powrocie miałam wesele, z którego niestety już wróciłam. Nie dałam rady wysiedzieć dłużej. Zasypiałam na siedząco, bo co jak co, ale 15 godzin jazdy autokarem mimo wszystko jest bardzo męczące. Te wakacje zapiszą się w historii jako najlepsze w moim dotychczasowym życiu. Jedenaście dni to zdecydowanie za krótko. Gdybyście mieli jakieś wątpliwości, byłam na obozie. Wyjechaliśmy około 2 w nocy i po 16 byliśmy już w pięknym nadmorskim Rewalu. Miejscowość piękna, polecam wam wszystkim odwiedzenie jej. Jest fajnie umiejscowiona i posiada wiele atrakcji turystycznych, ale o tym później. Morze jest wspaniałe i nie da się go niczym zastąpić. Ten czas spędzony tam to coś naprawdę wspaniałego. Jeżeli jeszcze nie byliście nad morzem zbierajcie się, odkładajcie kasę i w przyszłym roku kierunek Bałtyk <3 Nie chcę wam się tutaj rozpisywać, a jedynie się przywitać. Tak więc gorące CZEŚĆ WSZYSTKIM! :* W kolejnym poście, a może w kilku opowiem wam wszystko co się działo, a teraz tylko taki mój ulubieniec z tegorocznych kukurydzianych okrzyków: "Kukurydza gorąca jak facet, który ją roznosi!", a także coś podobnego czyli najczęściej powtarzane przez moje koleżanki "Naleśniki dwu smakowe! Jagodowo jagodowe!" :) Teraz siedzę w domku i bardzo tęsknię za ludźmi, których poznałam... A co u was? Co robiliście podczas mojej nieobecności?