środa, 13 maja 2015

Melancholijnie, tak bardzo...

Chora, chora, chora. Muszę siedzieć w domu. I wcale mi się to nie uśmiecha... Siedzę, patrzę beznamiętnie w ekran laptopa i co? Nic. No właśnie. Kiedy zaczęło mi się nudzić zrobiłam listę rzeczy, które muszę spakować, gdyż niedługo jadę na wycieczkę. Taką szkolną. Co jest złego w robieniu takiej listy? Niby nic, ale... ja wcale nie chcę tam jechać. Tak bardzo nie chcę. Alan (zmieniłam jego imię, nie będę wam tu podawać autentycznych imion ;) ) też tam jedzie. Alan jest moim byłym, tym, który rzucił mnie przez facebooka. Ubiegłoroczna wycieczka była dla mnie wyjątkowa właśnie dzięki niemu, a teraz nawet ze sobą nie rozmawiamy... W ubiegłym roku on trzymał mnie za rękę, przytulał, całował. Opierałam się zmęczona na jego ramieniu, a on był. Dał mi najlepsze wspomnienia. A teraz stał się jednym z nich... Trochę smutne. Wczoraj miałam dużo czasu na myślenie i oczywiście wszystko znów skierowało się w stronę Alana. Znów czytałam te głupie wiadomości, które zadały mi tyle bólu. Masochistyczna część mnie bardzo tego pragnęła. Kazała mi włączyć jego aska. Jeszcze większy ucisk w klatce piersiowej i łzy w oczach. Nienawidzę tej części siebie. W końcu się jakoś ogarnęłam i żeby odsunąć myśli od tego tematu zaczęłam czytać "Wichrowe wzgórza". Nie wiem czy mi się spodobało. Po pierwszych trzech rozdziałach tylko część, w której pojawiło się imię Katarzyny i początek opowieści o niej mi się podobał. Poza tym ta książka jest dla mnie chyba ciągle zbyt hmm.. poważna? No nie wiem.. A teraz znów siedzę w domu, nie poszłam do szkoły. W uszach mam słuchawki, z których wydobywają się dźwięki dosyć przygnębiających piosenek i patrzę przez okno w oczekiwaniu na deszcz. Pogoda jest taka w sam raz do mojego nastroju. Jest pochmurnie, zimno, wieje lekki wietrzyk i zanosi się na deszcz, ale on jeszcze nie spadł. Teraz piszę do was. Jest mi dzięki temu lepiej. Pomimo tego, że nie wiem, czy ktoś to kiedykolwiek przeczyta, to czuję się tak, jakbym z kimś rozmawiała i jest mi lepiej. Wiecie...w tym poście otworzyłam się bardziej niż gdziekolwiek indziej. Nie zwierzam się z tego wszystkiego przyjaciółkom, nie piszę o tym w pamiętniku. Nie rozumiem dlaczego tam nie mogę się na to zdobyć, a tutaj...to wszyło naturalnie. Myślę, że to magia internetu i złudzenie całkowitej anonimowości. Z racji tego, że ten post jest jednym z tych melancholicznych wstawię wam tu coś, co napisałam, a później przygotuję się do całego tego odpisywania i powrotu do szkoły, którego w gruncie rzeczy wcale nie chcę.

Dlaczego wciąż to robimy? Dlaczego zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie? Przecież... nie mamy pojęcia, czy ten dzień nie będzie dla nas ostatnim. Możemy akurat jeść obiad, oczekiwać na deser, siedzieć bezczynnie przed komputerem, być z bliskimi... Niezależnie od tego, co robimy koniec może nastąpić. W Ziemię może uderzyć asteroida, możemy się zadławić, terroryści mogą wbiec do sklepu, w którym przebywamy. Co nam da skupianie się nad swoją jakże ważną pracą, jeżeli budynek, w którym właśnie przebywamy może wybuchnąć? Powiesz mi, że jest na to wszystko szansa jeden na milion. Ale ona jest. I zawsze będzie. Nie przywiązujmy zbytniej wagi do tego, co robimy, nie starajmy się być idealni, bo jeden moment może położyć wszystkiemu kres. Starajmy się żyć tak, jakby każdy dzień miał być naszym ostatnim. Spełniajmy marzenia! Zostawmy po sobie jakiś ślad tutaj. Żyjmy tak, by nawet po naszej śmierci pozostał tutaj ktoś, kogo pamięć o nas byłaby żywa. Bądźmy. Każdą sekundą swojej egzystencji zaznaczajmy naszą obecność. Bo kres jest bliższy niż nam się wydaje..
-Panna Nikt

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz