czwartek, 27 sierpnia 2015

Przygnębiające powroty

Przygnębia mnie myśl, że już niedługo większość z nas czeka powrót do szkoły. Może część z was spyta ale dlaczego? Przecież w szkole jest fajnie. Ona nas kształtuje, pozwala się rozwijać. Tak... jasne. Więc wyjaśnię wam dlaczego tak bardzo mnie to wszystko dołuję. Otóż dlatego, że powrót do szkoły to powrót do ludzi, którzy nieustannie nas oceniają, wpisują do dziennika te badziewne cyferki, które w rzeczywistości wcale nie odzwierciedlają naszej wiedzy. Powrót do miejsca, w którym często czujemy się totalnie zagubieni, dziwni, czasem zastanawiamy się co z nami jest nie tak. Klasa to często po prostu zbiorowisko ludzi, którzy z całej siły chcą udawać jak bardzo się lubią, a za plecami są, no cóż, fałszywi. W szkole nie można nawet normalnie pójść do łazienki, ponieważ wiecznie są tam zbiorowiska osób płci żeńskiej, tak jakby kibel był jakimś elitarnym klubem i idealnym miejscem do rozmów (no błagam -,-). Kolejny powód mojego przygnębienia to zadania domowe. Jeżeli człowiek ma jakieś zainteresowania i zajęcia poza szkołą, jak np. u mnie sztuki walki, ten blog to, wytłumaczcie mi proszę, jak ma to wszystko pogodzić z nauką i zadaniami? Okej, wiecznie pytam co na jutro? Co jest zadane? Ale później często i tak nie odrabiam tych lekcji bo po prostu brak mi czasu. Niedawno otworzyli u nas stadninę. Od dziecka marzę o tym, by nauczyć się jeździć konno, a tutaj udzielają lekcji, ale oczywiście nie mogę się zapisać, bo nie mam na to wszystko czasu. Nawet jeśli jest taki moment, w którym się przykładam, chcę się nauczyć to ZAWSZE przypomnę sobie o sprawdzianie w nocy, tuż przed nim. O tym, jak nauczyciele są niesprawiedliwi to już lepiej nie wspomnę (prosty przykład? nie było mnie w szkole, pożyczyłam od kolegi zeszyt i odpisałam lekcje łącznie z zadaniem, później było ono sprawdzane, a nauczycielka pomimo moich wyjaśnień oskarżała jego o odpisywanie, bo jestem z tego przedmiotu lepsza). Nauczyciele powinni nas szanować. W zamian dostaliby szacunek od nas, ale oni oczywiście wiecznie traktują nas z góry, często są jak beznadziejne roboty bez serca. A o Alanie to ja już lepiej w ogóle wspominać nie będę. Łatwiej jest zapomnieć, jeśli się kogoś nie widuje dzień w dzień w tym samym pomieszczeniu. Uzasadniłam mojego doła? Jeśli nie to już nie wiem co napisać. W tej chwili pociesza mnie tylko to, że nadal jest tu ze mną Ola, ale jutro widzimy się po raz ostatni na tych wakacjach i wraca do siebie. Muszę się nią jutro porządnie nacieszyć. Całą końcówkę wakacji spędziłyśmy razem, byłam u niej na urodzinach, poznałam jej przyjaciółki, Kamilę i Olkę, połaziłyśmy trochę, był Stefan no i tak. Jutro ma przyjechać Patryk i to chyba będzie ostatni dobry dzień na tych wakacjach. Chcę go wykorzystać w 100%, bo później nie będę miała jak przez długi czas zobaczyć się z Olą (mówiłam już, że przez całą tą naukę na nic nie ma czasu?). To prawdopodobnie mój ostatni post na tych wakacjach, więc życzę wam wytrwałości w tym więzieniu, to znaczy szkole. Oby do następnych wakacji :) [Ola kowawawachememeweciewewewe :* ]






piątek, 21 sierpnia 2015

Wszystko nieustannie się zmienia

"Ukryte płyty tektoniczne we wnętrzu naszych ciał przesuwają się i zmieniają nas w ludzi, którymi się w końcu staniemy." ~ Ava Dellaira

Czas nieustannie przynosi nam zmiany. Po tych wakacjach czuję, że nie jestem tą samą osobą, którą byłam jeszcze jakiś czas temu. Pewne wydarzenia sprawiły, że dziewczyna, którą byłam zniknęła bezpowrotnie, ale chyba taka właśnie jest kolej rzeczy. Żyjemy, jesteśmy sobą, przechodzimy przez różne rzeczy, zmieniamy się. Skończyłam dziś czytać książkę "Oddam ci słońce" i myślę, że pewien cytat z niej idealnie oddaje to, co dzieje się z ludźmi.
"-A może każdy składa się z wielu różnych osób-stwierdzam.-Może cały czas gromadzimy te różne ja. [...]
-Każde nowe ja staje na ramionach poprzedniego, aż jesteśmy taką chwiejną ludzką wierzą?
Umieram z zachwytu.
-Tak! Właśnie tak!"
Czasem zmiany wychodzą nam na lepsze, czasem na gorsze, ale wszystkie one nas kształtują. Dobierają dodatki do naszej "chwiejnej ludzkiej wierzy". Czasem jest tak, że nawet jeśli sami myślimy, że zmiany wyszły nam na dobre inni ludzie uważają, że coś jest nie tak. Ale innym nigdy nie dogodzimy. Nie możemy bać się zmian, bo nawet jeśli wydaje nam się, że czas i pewne zdarzenia wszystko przekreślają, psują nasze ja to mylimy się. Bo każda zmiana jest tylko krokiem w kierunku tego, kim staniemy się ostatecznie. Po tych wakacjach czuję się inna. Jestem bogatsza w doświadczenia, być może silniejsza. Popełniłam trochę błędów, ale teraz mam nauczkę i postaram się ich nie powtórzyć. Postaram się częściej mówić to, co myślę i żyć pełnią życia. Uważam, że zmiany wyjdą mi na dobre, choć są ludzie, którzy niekoniecznie się z tym zgadzają... Na koniec chciałabym was jeszcze przeprosić, że tak nic nie dodaję, ale uważam post bez aktualnych autorskich zdjęć za jakiś wybrakowany i nie mogę się zebrać do pisania. Poluję na jakiś aparat u znajomych i może niedługo uda mi się zrobić dla was coś fajnego.

Z racji tego, że nie posiadam w chwili obecnej zbyt wielu zdjęć, które mogłabym opublikować pochwalę wam się co dostałam na urodziny :) Do tego doszły jeszcze 3 książki i zawartość szkatułki.






niedziela, 16 sierpnia 2015

Historia pisana przez moje życie

Niedawno pisałam wam, że mam takie dni, w których mogę sobie posiedzieć i właściwie nic nie robić. Przez ten tydzień mogłam jednak o tym zapomnieć. Nie żałuję tego jednak. Dzięki Oli ciągle gdzieś wychodziłam. Zaczęło się od tego, że wyciągnęła mnie nad zalew. Później była noc spadających gwiazd, ale do tego momentu opowiedziałam wam już w skrócie co się działo. Czternastego znów pojechaliśmy nad wodę. Byli Patryk i Alan no i bawiliśmy się świetnie. Aż szkoda było wracać do domu. Wołaliśmy do siebie "Świerszczu!", odbijaliśmy piłką, pływaliśmy na rowerkach i wpław, opalaliśmy się... Idealny dzień jak dla mnie. Wieczorem pojechałam do Oli i zostałam tam na noc, ponieważ kolejnego dnia z rana czekał nas wyjazd do Biszczy. W naszym wakacyjnym zwyczaju leży od jakiegoś czasu spędzanie czasu na balkonie u Oli. Tym razem też długo tam siedziałyśmy, później wyjadłam jej połowę zawartości lodówki, porozmawiałyśmy jeszcze trochę i się położyłyśmy (oczywiście jak to z Olą nie mogłam spać spokojnie, bo co chwila jej łokieć lądował na moim ciele -,-). Rano, bardzo wcześnie pojechaliśmy w kierunku Biszczy. Dotarliśmy w samą porę by zająć dobre miejsce na plaży. I znów powtórzyła się sielanka z kąpieli, opalania, pływania na materacu, podtapiania się wzajemnie, odbijania piłką. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do znajomych rodziców przyjaciółki. Zostałyśmy uraczone kociołkiem, który jak na moje był zdecydowanie przesolony i było w nim za dużo mięsa, ale który wszyscy (a szczególnie gospodarz) zachwalali. Człowiek, który nas gościł nieustannie coś mówił, ale to było takie od czapy, że chciało się stamtąd uciec. Dziś po mszy pojechałam z rodzicami do restauracji na obiad, a resztę tej opowieści już wkrótce napisze moje życie i niewykluczone, że ja powtórzę to wam. Poza tym z chwilą, w której usiadłam przed laptopem uświadomiłam sobie, że czas najwyższy zacząć myśleć o szkole. Nie mam jeszcze ani jednego podręcznika czy zeszytu i chyba niestety będę musiała to zmienić. Dlaczego tak długo zwlekam z zakupem? Otóż moim zdaniem grzechem jest oglądanie szkolnych książek w wakacje. W końcu to czas odpoczynku od tego wszystkiego. Chciałabym, żeby mój odpoczynek trwał dłużej, no ale niestety. Wszystko co dobre kiedyś się kończy. A wy? Jesteście gotowi na zakończenie lata, czasu odpoczynku?

(tak się wypoczywa w Biszczy ^^)

Łapcie jeszcze kilka fotek znad morza, bo aktualnych niestety nie posiadam przez brak aparatu:

(taki widok z molo w Międzyzdrojach)

(pomnik Małego Księcia w Rewalu)


(jezioro Turkusowe)


(Kto by nie chciał zobaczyć Kargula i Pawlaka? Co z tego, że są woskowi...)


środa, 12 sierpnia 2015

Noc spełniających się marzeń

Dzisiejszy, a właściwie wczorajszy dzień był jednym z produktywniejszych i lepszych dni sierpnia. Od godziny dziewiątej siedziałyśmy z Olą i z jej ciocią nad zalewem, spotkałyśmy się tam z Alanem i Patrykiem, wypożyczyliśmy rowerek wodny, pływaliśmy, skakaliśmy do wody. Pierwszy raz, dzięki Alanowi, zobaczyłam na żywo jak ktoś robi salto skacząc do wody i pomimo tego, że uważam to za popisy i narażanie się, byłam pod wrażeniem. Później zjadłyśmy obiad w restauracji nad zalewem. W drodze powrotnej złapała nas burza, ale to nie popsuło nam humorów. Zła pogoda pozwoliła odpocząć chwilę przed magicznym wieczorem. W taki sposób znalazłam się na wzniesieniu obok domu dziadków Oli i oddałam się obserwacji jednego z najpiękniejszych zjawisk jakie dane było mi w życiu widzieć. Dzisiejszej nocy można było zaobserwować perseidy. Ja w tę piękną noc, odrobinę co prawda pochmurną siedziałam wraz z przyjaciółką na podwórku i obserwowałam niebo. Wyszłam z domu już po 21 i przez te kilka godzin spędzonych pod gołym niebem w pełni poczułam magię spadających gwiazd. Siedziałyśmy sobie i właściwie niepewne tego, czy cokolwiek zobaczymy bezmyślnie gapiłyśmy się w niebo. Z chwilą, gdy pierwsza gwiazdka, ciągnąca za sobą przepiękny ogon się pojawiła nasze tępe patrzenie zmieniło się w pełną wyczekiwania obserwację. Na naszych leżakach spędziłyśmy 3 i pół godziny, a ja nabawiłam się kataru, ale zdecydowanie było warto. Każda gwiazdka dostała od nas życzenie i mam cichą nadzieję, że zabierze je ze sobą gdzieś w świat i pomoże mu się spełnić. Dodatkowo miałyśmy z Olą okazję do pobycia ze sobą, powspominania i do szczerej, luźnej rozmowy. Piękna noc, 22 spadające gwiazdy, cicha nadzieja na spełnienie marzeń, coś czego było mi trzeba.




poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Jedyny taki dzień w roku...

Dziś mamy 10.08., a ja obchodzę w tym dniu urodziny. Zamierzam całe te upały przesiedzieć w pokoju, a wieczorem wybrać się do przyjaciółki. Obchodziłam już swoje święto w sobotę, kiedy to przyszło do mnie troje przyjaciół. Kacper i Anita, z którymi byłam na obozie, a także Ola. Zjedliśmy tort, porozmawialiśmy sobie i w sumie dobrze się czułam w ich towarzystwie. Przyszły też moje ciocie, które zjechały do wioski na urlop. Taki spokojny, leniwy dzień. A teraz pozwolę sobie jeszcze opisać co się działo ostatnio. Czwartek i piątek spędziłam w większości u cioci i na zakupach. Jak dla mnie dni udane i fajne. W sobotę z rana razem z Olą i jej ciocią Gosią pojechałyśmy nad zalew. Wstałyśmy bardzo wcześnie, żeby zająć miejsce na tamtejszej "plaży", a kiedy przyjechałyśmy nikogo jeszcze nie było. Wyjątkowo upalny dzień ściągnął tam jednak sporo ludzi. Było całkiem zabawnie. Nie ma to jak otwieranie piwa o stanowisko ratownika ^^ Woda nie zachęca tam swoją czystością do kąpieli, więc po tym, jak w ramach schłodzenia weszłyśmy z Olą do wody pobiegłyśmy pod prysznice. Weszłyśmy pod jeden, a pod wpływem lodowatej wody wyrwał mi się pisk. Jak się zastanawiam co musieli pomyśleć ludzie, którzy tam byli... :D Wczoraj, czyli w niedzielę, po mszy udaliśmy się z rodzicami i ciocią do zamkowej restauracji i nad San. Lubię takie powolne, leniwe dni, kiedy mogę położyć się na chwilę w łóżku i odpocząć od codziennego pędu. Choć niektórym te dni mogą się wydawać stracone, dla mnie były miłymi dniami. Zasmuca mnie tylko myśl, że koniec wakacji zbliża się do nas w zastraszającym tempie... Na koniec jeszcze smutna informacja. Mój ukochany Nikon V1 [*] uległ zniszczeniu i w chwili obecnej jestem odcięta od sprzętu i bliska załamania nerwowego z powodu braku możliwości fotografowania. Tak więc łapcie jeszcze kilka starszych fotek, bo one będą musiały wystarczyć dopóki nie naprawię lub nie nabędę nowego sprzętu... 











środa, 5 sierpnia 2015

Burze i relacja z wakacji

Ostatnio pogoda nie jest u mnie najpiękniejsza. Planowałam napisać do was wcześniej, ale burza pokrzyżowała moje plany. Ale teraz wyobraźcie sobie, że siedzimy w ciepłym pokoiku, na zewnątrz deszcz tłucze się o szyby,  błyskawice i grzmoty raz po raz przeszywają niebo, a ja rozpoczynam swoją opowieść. To wszystko wydarzyło się niedawno. W na tyle nieodległej przeszłości, by wspomnienia były jeszcze zupełnie rzeczywiste i namacalne. W nocy z 20 na 21 lipca 2015 roku wsiadłam do autokaru, który miał zawieźć mnie na moje wakacje marzeń. Noc była wyjątkowo ciepła. Zaraz po zapakowaniu swojego bagażu pozbyłam się kurtki i z uśmiechem na ustach zajęłam miejsce na tyłach autobusu. Obok mnie spoczęli Kacper, Marlena i Anita. Pojazd powoli przepełniał się ludźmi, których byłam bardzo ciekawa. Pomachałam przez szybę rodzicom, którzy odwieźli mnie na przystanek i rozpoczęła się podróż. Nasza mała społeczność, zajmująca tylne siedzenie miała wyśmienite humory. Długo rozmawialiśmy podekscytowani i śmialiśmy się, bezczelnie zakłócając spokój współpasażerom. Dopiero po godzinie jazdy zmęczenie dało nam się we znaki. Większą część naszej piętnastogodzinnej podróży przespałam. Bo i cóż innego było mi robić? Dopiero w Świebodzinie, w którym nasze szeregi zasiliły Zuzia i Natalia coś w nas ożyło. Zawarliśmy pierwsze znajomości, więc pozostałe cztery godziny jazdy upłynęły przyjemnie. Po przyjeździe zajęliśmy pokoje. Żeby nie zapomnieć o tym niby nieistotnym szczególe z mojego pierwszego obozu zdradzę tutaj, że wraz z Anitą, Marleną, Zuzią i Natalią zajęłyśmy pokój numer 4. Nie zachwycał swoimi rozmiarami. Jedno z łóżek było wepchnięte na siłę i właściwie spałyśmy na jednej powierzchni. Jedna maleńka szafa z 5 półeczkami i niewielki balkonik. Ta przestrzeń stała się taką ostoją, do której mogłyśmy wracać po pełnych zawirowań dniach spędzanych na nadmorskiej plaży. Ośrodek różnił się od tego, co przedstawiono na stronie internetowej, ale chyba zawsze tak jest. Mimo wszystko podobało nam się. Mieliśmy basen, dwa boiska do piłki siatkowej i jedno do nogi, świetlice, w której urządzane były dyskoteki i urokliwą stołówkę. Pierwszy dzień plażowania spędziłam z Kacprem, nie byłam na tyle śmiała, by już zawrzeć bliższe znajomości, on zresztą też nie. Wieczorem lepiej się poznaliśmy, graliśmy w siatkę i padło hasło, które towarzyszyło nam do końca czyli "Poświęcenie!". Nie jestem pewna co się działo drugiego dnia, ale obstawiam plażowanie. Tym razem Kacper położył się już obok kolegów z pokoju i ich dziewczyn, czyli Pawła, Damiana, Dawida, Klaudii i Gaby. Później wycieczka do pięknego Kołobrzegu, picie wody z solanki, moje pierwsze w życiu wejście na latarnie morską, spacer po malowniczym molo. Następne dni mijały prędko, ciężko było się spostrzec kiedy ten czas uleciał. Plażowaliśmy, zażywaliśmy kąpieli w zimnym, ale jak dla mnie niezastąpionym morzu, wychodziliśmy na miasto, graliśmy w różne gry, był basen, pierwsza tak bardzo integracyjna gra, czyli gra terenowa, w której musieliśmy się rozdzielić z utartymi znajomymi i dzięki temu poznaliśmy nowych ludzi, jak np. przesympatyczna Iza. Było karaoke, którego hitem stała się piosenka "Mamma mia" Abby, a także inna piosenka, w wykonaniu Sebastiana. Taka osoba jak on znajdzie się chyba na każdej kolonii. Głupek, który wszystkich wkurza i sprawia, że ludzie zaczynają się zastanawiać nad jego zdrowiem psychicznym. Wykonał swój taniec dołączając do niego okrzyk "Hajna!Hajna!", który stał się kolejną rzeczą powtarzaną aż do opuszczenia autobusu. Była jeszcze kolorandia, byłam krajem niebieskim i w czasie tej zabawy poznałam fantastyczną Olę. Oglądaliśmy film i tutaj nawiązałam nić porozumienia z Klaudią, która nie dla wszystkich była miła, ale jak dla mnie świetna osoba. Później wycieczka do Międzyzdrojów, aleja gwiazd, muzeum figur woskowych, znów piękne molo, a po drodze coś, co najbardziej przypadło mi do gustu, czyli muzeum V3. Szokujące. To, czego się dowiedziałam było chwilami ponad mój umysł. Wspaniałe. Była też zagroda żubrów, gdzie miałam okazję zamienić słowo z chłopakami. Na plaży graliśmy też w śledzia, jeżeli ktoś zrobił coś źle, nie ważne kto, zawsze było "Anita no!", Kacper został człowiekiem sukcesu, a ja uzyskałam miano śmiejącej się jak hiena. Był bal przebierańców, gra w kolory, według której musieliśmy siadać sobie na kolanach, nielegalne skakanie do basenu po odejściu ratownika, długie nocne rozmowy, napady głupawki, spotkania z ludźmi spoza kolonii jak np. z Michałem, synem kierowniczki i wiele innych wspaniałych wydarzeń. Ostatniego dnia pogoda nam nie dopisała. Udaliśmy się ponownie do Trzęsacza, gdzie miałam okazję jeszcze przez chwilę podziwiać ruiny (a właściwie samą pozostałą ścianę) kościoła. Niesamowite ile morze może pochłonąć. Wieczorem nasze pożegnalne ognisko, później pakowanie i cóż, w drogę. Jeżeli coś pominęłam-moja strata, bo nie będę mogła po czasie do tego wrócić. Wiem, że opowieść jest bardzo chaotyczna, ale pisałam to, co akurat podsunęła mi pamięć. Wróćmy do tego, co macie sobie wyobrażać. Deszcz za oknem powoli cichnie, a ja szeptem kończę swoją opowieść mówiąc, że powrót do domu był słodko-gorzkim wydarzeniem. Opowiadam, że na koniec podróży pan kierowca zawołał przez radio "Hajna!Hajna!", wyściskaliśmy się przed autobusem i zakończyliśmy ten cudowny wspólny rozdział, około północy na moim przystanku, na krańcu Polski prawie najbardziej oddalonym od morza.










Wiem, zapomniałam wspomnieć o naszych opiekunach. Nasza wychowawczyni, pani Ewa była naprawdę wspaniała i na wiele nam pozwalała. Wychowawczyni drugiej grupy, pani Kinga była irytująca i nigdy nie było wiadomo czy trafiło się akurat na słodką idiotkę czy na francę. Kierowniczka była spoko, można było z nią porozmawiać. Pan kierowca naprawdę sympatyczny, grał z nami w siatkę i zabierał na fale. Pani przewodnik była starszą osobą, ale również bardzo bardzo fajną. Śpiewała nam piosenki jak np. taką o Guciu, który żuł gumę i ozdobił domek gównem, ripostowała do ludzi, np. do Sebka powiedziała, że jest tak inteligentny jak woda w kiblu :D No i to chyba tyle z mojej strony. Jeżeli chcecie wiedzieć coś więcej lub zobaczyć więcej zdjęć piszcie. Pozdrawiam :* 

sobota, 1 sierpnia 2015

Wszystko co dobre kiedyś się kończy

Jestem w domu. Wróciłam wczoraj, a raczej dzisiaj po północy. Nie napisałam do was wcześniej, bo nie miałam ku temu sposobności. Tak jak mówiłam, tuż po powrocie miałam wesele, z którego niestety już wróciłam. Nie dałam rady wysiedzieć dłużej. Zasypiałam na siedząco, bo co jak co, ale 15 godzin jazdy autokarem mimo wszystko jest bardzo męczące. Te wakacje zapiszą się w historii jako najlepsze w moim dotychczasowym życiu. Jedenaście dni to zdecydowanie za krótko. Gdybyście mieli jakieś wątpliwości, byłam na obozie. Wyjechaliśmy około 2 w nocy i po 16 byliśmy już w pięknym nadmorskim Rewalu. Miejscowość piękna, polecam wam wszystkim odwiedzenie jej. Jest fajnie umiejscowiona i posiada wiele atrakcji turystycznych, ale o tym później. Morze jest wspaniałe i nie da się go niczym zastąpić. Ten czas spędzony tam to coś naprawdę wspaniałego. Jeżeli jeszcze nie byliście nad morzem zbierajcie się, odkładajcie kasę i w przyszłym roku kierunek Bałtyk <3 Nie chcę wam się tutaj rozpisywać, a jedynie się przywitać. Tak więc gorące CZEŚĆ WSZYSTKIM! :* W kolejnym poście, a może w kilku opowiem wam wszystko co się działo, a teraz tylko taki mój ulubieniec z tegorocznych kukurydzianych okrzyków: "Kukurydza gorąca jak facet, który ją roznosi!", a także coś podobnego czyli najczęściej powtarzane przez moje koleżanki "Naleśniki dwu smakowe! Jagodowo jagodowe!" :) Teraz siedzę w domku i bardzo tęsknię za ludźmi, których poznałam... A co u was? Co robiliście podczas mojej nieobecności?