wtorek, 6 grudnia 2016

I jedno małe, wielkie dziękuję

Wow, naprawdę nie spodziewałam się, że ktokolwiek jeszcze tutaj zagląda, a to, że zaglądacie jest dowodem na to, że ktoś może jednak docenia to, co robię. Chciałabym wam za to podziękować. Aż się człowiekowi ciepło na serduszku zrobiło jak coś takiego zobaczył ^^ Ale to nie jest moje jedyne dziękuję. W swoim życiu zbyt rzadko wymawiam to słowo. Bo choć jestem cholernie wdzięczna za moje życie, za ludzi którzy mnie otaczają, za rodziców, nie umiem dziękować. Pomyślałam, że wspomnienie świętego Mikołaja to dobry czas na takie szczere podziękowanie. Tak więc DZIĘKUJĘ wszystkim, którzy bezinteresownie mnie wspierali, którzy byli takimi ciepłymi promyczkami słońca i topili lód w moim sercu. Chciałabym nauczyć się ubierać moje myśli w piękne słowa... chciałabym umieć wyrazić to, co czuję. Tymczasem niech uśmiech, który ostatnio wreszcie częściej gości na mojej twarzy będzie cichym szeptem, który nieliczni będą potrafili dostrzec, dziękuję.



Wiem, że to wiele prosić was o cokolwiek po tak długiej przerwie i tak niewiele dając od siebie, ale nie mogę się powstrzymać. Kuzynka wysłała mi niedawno link do książki napisanej przez nią i jej szkolnych kolegów. Może ujawniam trochę zbyt wiele o swoim środowisku, może nie powinnam, ale po jej prośbie nie mogę się powstrzymać. Jeśli możecie oddajcie proszę głosy na "Cienie wojny". Zachęcam też do lektury w te długie wieczory :) https://ridero.eu/pl/books/cienie_wojny/

niedziela, 20 listopada 2016

Nieistniejące powroty

   Dawno, dawno temu istniała blogerka znana pod pseudonimem Panna Nikt. Pewnego razu postanowiła się przedstawić i znów systematycznie dodawać posty, a wtedy... słuch po niej zaginął. 
   Witam wszystkich, jeżeli ktokolwiek jeszcze tu zagląda. Przyznam się wam szczerze, że zdążyłam już zapomnieć o tym blogu. Dzisiaj coś mnie jednak natchnęło, żeby poczytać stare posty i co z tego wyszło? Skończyłam siedząc tu i pisząc do was. Tak wiele się u mnie działo. W ostatnim poście jaki tu zamieściłam wspomniałam, że rok 2016 ma być rokiem spełniających się marzeń i w pewnym sensie rzeczywiście nim był. Może nie wszystko z mojej zakręconej, spisanej w dużej mierze pod wpływem impulsu liście udało się zrealizować, ale pracowałam nad swoim szczęściem i nadal nad nim pracuję. No bo hej, trzeba pomagać życiu w uszczęśliwianiu nas, a marzeniom w spełnianiu się. Zaczęłam ten post myśląc właśnie o liście rzeczy do zrobienia. Do tej pory nie udało mi się tak naprawdę zrealizować nawet połowy z tych zadań, ale to, co się udało, dało mi 100% satysfakcji.
   Tak naprawdę ten post ma być w przyszłości miłym przypomnieniem cudownych chwil, które dane mi było przeżyć, więc nie obrażę się, jeśli nikomu nie będzie się chciało go czytać ;)


   Zacznijmy od parku rozrywki. Wraz z moją ukochaną klasą, za którą tęsknię udaliśmy się na trzydniową wycieczkę do Krakowa i okolic. Pierwszego dnia odwiedziliśmy Energylandię w Zatorze. Naprawdę wspaniały dzień. Wraz z Anitą, Marcinem i Kacprem, a później Kasią i Jackiem (którym z tego miejsca bardzo dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobili, choć wątpię by to kiedykolwiek przeczytali) wpadliśmy w wir atrakcji. Na początek Space Booster, trochę wodnych atrakcji :') Później strzelanka z potworami i frytki, których było za mało. Najlepiej wspominam Aztec Swing i pierwszy raz na Mayan Rollercoasterze razem z Kacprem, dla którego to był wielki krok. Później była bitwa na balony z wodą i mała kąpiel w pianie. DZIĘKUJĘ za te chwile.


   Kolejna na mojej odhaczonej liście była upragniona piątka z języka angielskiego. Naprawdę ciężko na nią pracowałam. Nigdy nie byłam z siebie tak dumna, jak wtedy, gdy zobaczyłam ją na świadectwie. I wiecie co jeszcze? Dzięki odrobinie starania i innym spojrzeniu na naukę język angielski stał się moim ulubionym przedmiotem i pozostał nim do teraz. 
   Nadeszły wakacje, a ja przeżyłam jeden z najlepszych lipców życia. Już w piątek, pierwszego lipca, wyjechałam na pierwszy tych wakacji obóz. Udałam się do Bukowiny Tatrzańskiej, mając przy sobie przyjaciółkę z dzieciństwa, Olę i jej koleżankę, również Olę. Dobrze wspominam ten czas. Moja pierwsza samodzielna jazda stopem i maraton na Morskie Oko. Koniec końców byłam naprawdę zadowolona.


   Gdy tylko wróciłam, szybko się przepakowałam i następnego ranka wyjechałam na kolejny obóz, tym razem do Krynicy Górskiej. Byliśmy tam razem z moim klubem i choć były to tylko trzy dni, to właśnie je wspominam najlepiej z całych wakacji. Wejście na Jaworzynę Krynicką, poranne przebieżki, całodniowe treningi, kubotany, nasz pogrom w meczu 4 na 1 z naszym trenerem :') A później formułka "My drużyna żółtodziobów przegraliśmy z gościem, który studiuje na AWF'ie". To było piękne, naprawdę. Gdy nadszedł czas na powrót, przez praktycznie całą drogę śpiewaliśmy wszyscy, była Baba Jaga...W kolejne wakacje mam nadzieję znów pojechać na taki obóz.


   Na tym mój wakacyjny maraton się nie skończył, bo gdy tylko wróciłam czekało mnie kolejne przepakowywanie się i wyjazd nad morze. W Łebie spędziliśmy naprawdę świetny tydzień i choć pogoda była kapryśna, nie wyobrażam sobie wakacji bez pobytu nad naszym polskim morzem. Towarzyszyła mi Kasia, więc nie było mowy o nudzie. Odkryłam jak wrażliwa jest na łaskotki, pośmiałyśmy się z szanownego pana Mirusia, który miał nawet rower, próbowałyśmy biegać, ale nam to nie pykło, zrobiłyśmy zdjęcia z pingwinkami, pływałyśmy w morzu, dostałyśmy koktajle od najmilszej starszej pary prowadzącej budkę, jaką spotkałam i w końcu poszłyśmy na procę. To był mój drugi raz, ale cieszyłam się tym jak małe dziecko z lizaka. Krótko mówiąc odjazd.


   Reszta wakacji naznaczona była małymi miejscowymi wydarzeniami, miałam urodziny, na które przyjaciółki zrobiły mi niespodziankę i mnie odwiedziły, ogólnie to był dobry czas. Podjęłam też dobry wybór. Przynajmniej w tej chwili tak sądzę.
   Obecnie jakoś ciągnę to swoje życie na bio-chemie i bez bliższych planów na przyszłość. Poznaję nowych ludzi, dobrze się bawię i staram się czerpać z życia garściami. Takie jest właśnie życie Panny Nikt. Takie jest moje życie.

piątek, 26 lutego 2016

Kim jestem?

Witajcie kochani. Znów trochę mnie nie było, ale tym razem działo się tak dlatego, że naprawdę nie chciałam dodawać wam postów bez zdjęć lub ze zdjęciami niskiej jakości, wykonanymi telefonem. Niestety ciągle czekam na nowy sprzęt, więc mam pewne ograniczenia. Dziś jednak postanowiłam do was napisać i..przedstawić się. Więc cześć! Mam na imię Ola, jestem z roku 2000 i mieszkam gdzieś na Podkarpaciu. Dlaczego się wam przedstawiam? Ponieważ uświadomiłam sobie, że znacie naprawdę wiele faktów z mojego życia, że dzielę się z wami tymi najważniejszymi chwilami, a jestem dla was bezimienną blogerką.


Źródło:Grafika Google


Rok 2016 ma być dla mnie rokiem pełnym zmian, rokiem spełniających się marzeń. Miałam tego nie robić, ale chciałabym tutaj podzielić się z wami moją listą rzeczy do zrobienia w tym roku. Zobaczymy ile z nich uda się wykonać. Przytoczę tutaj te już spełnione, a kolejne, które uda się wykonać będę uwieczniać dla siebie i dla was.

LISTA RZECZY DO ZROBIENIA W 2016 ROKU: 
-być w Anglii
-pojechać na koncert
-pojechać na obóz +
-dokonać dobrego wyboru +
-nagrać filmik na youtube
-odwiedzić duży park rozrywki +
-spotkać Matthew Andersona +
-pojechać na Ligę Mistrzów
-pojechać na festiwal kolorów
-zrobić sobie zdjęcie z kimś sławnym
-pojechać na PlusLigę +
-pojechać za granicę
-odwiedzić Warszawę
-zobaczyć Room94 na żywo
-porozmawiać z kimś rozpoznawalnym
-mieć 5 z angielskiego na koniec roku szkolnego 2015/16 +
-pojechać na Young Stars Festival 2016

Źródło:Grafika Google


Jeśli możecie dorzucić jakieś propozycje od siebie to zachęcam was do tego. Pozdrawiam was wszystkich gorąco i... do napisania :)

niedziela, 17 stycznia 2016

Co tu się dzieje?

Proszę państwa, co tu się w ogóle dzieje? Nie potrafię ogarnąć tego, jak wiele fantastycznych rzeczy dzieje się w moim życiu. Mój ostatni post dotyczył meczu, na którym byłam i zobaczenia Matta na żywo. Nie spodziewałam się, że podobny wyjazd szybko się powtórzy, a tymczasem co? Wczoraj, czyli 16.01. znów znalazłam się na Podpromiu. Nie wiem jakim cudem mój przyjaciel zorganizował dla nas bilety na mecz Asseco Resovia Rzeszów-Lotos Trefl Gdańsk.


Do Rzeszowa zabrała nas mama przyjaciela. Kiedy dotarliśmy pod halę poczułam ogarniające mnie emocje. Przyjechaliśmy stosunkowo wcześnie, z uwagi na nasze słabe miejsca. Nasze bilety wskazywały sektor E2, więc woleliśmy zająć stojące miejsca przy barierce czy też usiąść na schodach. Kiedy zajęliśmy dla siebie miejsca na halę zaczęły napływać tłumy ludzi. Do tej pory jeździłam wyłącznie na mniej ważne mecze, więc taka ilość ludzi tylko podniosła emocję całego wydarzenia. Kibice Resovii są najlepsi, przekonałam się o tym już niejednokrotnie, teraz jednak, kiedy sama uczestniczyłam w takim wydarzeniu wszystko było dla mnie bardziej, mocniej.



Uczestnictwo w takim wydarzeniu na żywo to dla mnie naprawdę coś wielkiego, zupełnie innego, niż oglądanie transmisji w telewizji. Na meczu zabrakło co prawda Kurka, którego naprawdę chciałabym zobaczyć, nie grał także Mika, ale mimo to chłopcy pokazali nam dobrą siatkówkę. Gospodarze wygrali 3:0 fundując tym sobie awans na trzecie miejsce w tabeli. Naprawdę niezwykłe widowisko. Na długo nie zapomnę tego bliskiego spotkania z podziwianymi przeze mnie siatkarzami.



Marzeniom trzeba pomagać się spełniać, więc pomagajmy :) Bo tylko spełniając marzenia możemy być szczęśliwi :)

wtorek, 5 stycznia 2016

Najlepszy dzień życia-spełniajmy marzenia!

Znowu trochę nie pisałam, ale chyba po prostu nie czułam takiej potrzeby. Nie działo się nic, co chciałabym tutaj opisać. Minęły święta, spędzone w rodzinnej atmosferze, sylwestrowa domówka ze znajomymi z klasy, nowy rok. Ale dopiero dziś poczułam, że definitywnie muszę się czymś z wami podzielić. W Nowy Rok sporządziłam listę rzeczy, które chciałabym zrobić w 2016r. Były to przede wszystkim moje marzenia. Znalazła się tam też pozycja głosząca "Spotkać na żywo Matta Andersona". I wiecie co? Dziś moje marzenie się spełniło! Ostatnio chodziłam przygnębiona, bo nie udało mi się zorganizować początkowo transportu, a później zabrakło biletów. Dziś jednak wraz z moimi przyjaciółmi, Dominiką i Kacprem stwierdziliśmy, że naprawdę pragniemy tam pojechać i wiecie co? Zmobilizowaliśmy się, Kacper porozmawiał ze znajomymi i pojechaliśmy na mecz. Było masę zamieszania, bilety, które ludzie rezerwowali na miesiąc przed wydarzeniem zorganizowaliśmy na trzy godziny przed wyjazdem, autobusy mieliśmy na styk i potrzebne było naprawdę spore tempo. Jednak dla tego wydarzenia naprawdę było warto. To był być może najlepszy dzień w moim życiu. Co prawda skład gospodarzy składał się głównie z rezerwowych, ale liczyło się to, że pojawił się tam Matthew. Wcześniej smutnym wzrokiem obserwowałam, jak dodał na instagram zdjęcie z informacją, że jest już w Polsce. A później, tego samego dnia pojechałam na mecz Zenitu i Asseco. Miałam łzy w oczach, kiedy znalazłam się na hali, kilka kroków obok mojego idola. To było tak fantastyczne przeżycie... Mam nadzieję, że będzie więcej takich wydarzeń w moim życiu, bo to naprawdę niesamowite. Szkoda, że przez goniący nas czas nie zdobyliśmy autografów ani zdjęć, ale mimo to... Love you Matt!