niedziela, 20 listopada 2016

Nieistniejące powroty

   Dawno, dawno temu istniała blogerka znana pod pseudonimem Panna Nikt. Pewnego razu postanowiła się przedstawić i znów systematycznie dodawać posty, a wtedy... słuch po niej zaginął. 
   Witam wszystkich, jeżeli ktokolwiek jeszcze tu zagląda. Przyznam się wam szczerze, że zdążyłam już zapomnieć o tym blogu. Dzisiaj coś mnie jednak natchnęło, żeby poczytać stare posty i co z tego wyszło? Skończyłam siedząc tu i pisząc do was. Tak wiele się u mnie działo. W ostatnim poście jaki tu zamieściłam wspomniałam, że rok 2016 ma być rokiem spełniających się marzeń i w pewnym sensie rzeczywiście nim był. Może nie wszystko z mojej zakręconej, spisanej w dużej mierze pod wpływem impulsu liście udało się zrealizować, ale pracowałam nad swoim szczęściem i nadal nad nim pracuję. No bo hej, trzeba pomagać życiu w uszczęśliwianiu nas, a marzeniom w spełnianiu się. Zaczęłam ten post myśląc właśnie o liście rzeczy do zrobienia. Do tej pory nie udało mi się tak naprawdę zrealizować nawet połowy z tych zadań, ale to, co się udało, dało mi 100% satysfakcji.
   Tak naprawdę ten post ma być w przyszłości miłym przypomnieniem cudownych chwil, które dane mi było przeżyć, więc nie obrażę się, jeśli nikomu nie będzie się chciało go czytać ;)


   Zacznijmy od parku rozrywki. Wraz z moją ukochaną klasą, za którą tęsknię udaliśmy się na trzydniową wycieczkę do Krakowa i okolic. Pierwszego dnia odwiedziliśmy Energylandię w Zatorze. Naprawdę wspaniały dzień. Wraz z Anitą, Marcinem i Kacprem, a później Kasią i Jackiem (którym z tego miejsca bardzo dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobili, choć wątpię by to kiedykolwiek przeczytali) wpadliśmy w wir atrakcji. Na początek Space Booster, trochę wodnych atrakcji :') Później strzelanka z potworami i frytki, których było za mało. Najlepiej wspominam Aztec Swing i pierwszy raz na Mayan Rollercoasterze razem z Kacprem, dla którego to był wielki krok. Później była bitwa na balony z wodą i mała kąpiel w pianie. DZIĘKUJĘ za te chwile.


   Kolejna na mojej odhaczonej liście była upragniona piątka z języka angielskiego. Naprawdę ciężko na nią pracowałam. Nigdy nie byłam z siebie tak dumna, jak wtedy, gdy zobaczyłam ją na świadectwie. I wiecie co jeszcze? Dzięki odrobinie starania i innym spojrzeniu na naukę język angielski stał się moim ulubionym przedmiotem i pozostał nim do teraz. 
   Nadeszły wakacje, a ja przeżyłam jeden z najlepszych lipców życia. Już w piątek, pierwszego lipca, wyjechałam na pierwszy tych wakacji obóz. Udałam się do Bukowiny Tatrzańskiej, mając przy sobie przyjaciółkę z dzieciństwa, Olę i jej koleżankę, również Olę. Dobrze wspominam ten czas. Moja pierwsza samodzielna jazda stopem i maraton na Morskie Oko. Koniec końców byłam naprawdę zadowolona.


   Gdy tylko wróciłam, szybko się przepakowałam i następnego ranka wyjechałam na kolejny obóz, tym razem do Krynicy Górskiej. Byliśmy tam razem z moim klubem i choć były to tylko trzy dni, to właśnie je wspominam najlepiej z całych wakacji. Wejście na Jaworzynę Krynicką, poranne przebieżki, całodniowe treningi, kubotany, nasz pogrom w meczu 4 na 1 z naszym trenerem :') A później formułka "My drużyna żółtodziobów przegraliśmy z gościem, który studiuje na AWF'ie". To było piękne, naprawdę. Gdy nadszedł czas na powrót, przez praktycznie całą drogę śpiewaliśmy wszyscy, była Baba Jaga...W kolejne wakacje mam nadzieję znów pojechać na taki obóz.


   Na tym mój wakacyjny maraton się nie skończył, bo gdy tylko wróciłam czekało mnie kolejne przepakowywanie się i wyjazd nad morze. W Łebie spędziliśmy naprawdę świetny tydzień i choć pogoda była kapryśna, nie wyobrażam sobie wakacji bez pobytu nad naszym polskim morzem. Towarzyszyła mi Kasia, więc nie było mowy o nudzie. Odkryłam jak wrażliwa jest na łaskotki, pośmiałyśmy się z szanownego pana Mirusia, który miał nawet rower, próbowałyśmy biegać, ale nam to nie pykło, zrobiłyśmy zdjęcia z pingwinkami, pływałyśmy w morzu, dostałyśmy koktajle od najmilszej starszej pary prowadzącej budkę, jaką spotkałam i w końcu poszłyśmy na procę. To był mój drugi raz, ale cieszyłam się tym jak małe dziecko z lizaka. Krótko mówiąc odjazd.


   Reszta wakacji naznaczona była małymi miejscowymi wydarzeniami, miałam urodziny, na które przyjaciółki zrobiły mi niespodziankę i mnie odwiedziły, ogólnie to był dobry czas. Podjęłam też dobry wybór. Przynajmniej w tej chwili tak sądzę.
   Obecnie jakoś ciągnę to swoje życie na bio-chemie i bez bliższych planów na przyszłość. Poznaję nowych ludzi, dobrze się bawię i staram się czerpać z życia garściami. Takie jest właśnie życie Panny Nikt. Takie jest moje życie.